Płaskowyż
By Jacek Twardowski
Smashwords Edition
Copyright 2012 Jacek Twardowski
Smashwords Edition, License
Notes
This ebook is licensed for
your personal enjoyment only. This ebook may not be re-sold or given
away to other people. If you would like to share this book with
another person, please purchase an additional copy for each
recipient. If you’re reading this book and did not purchase it, or
it was not purchased for your use only, then please return to
Smashwords.com and purchase your own copy. Thank you for respecting
the hard work of this author.
PLAŻA
1.
Wspominałem sobie życie, a granatowa noc kładła się wokół z cichym hukiem samochodów na krzyżujących się wiaduktach autostrad nie wiadomo dokąd. Byłem wreszcie gdzieś indziej. Nie u siebie. Wszystko było nowe, a równocześnie całkiem znane, bo wymarzone. Krok lekki, oddech głęboki. Z westchnieniem wchłaniałem latynoskie zapachy biedy, radości i śmierci. Niosły się szeroko, poruszały zakurzonymi liśćmi palm i szeleściły w dziwacznej, bujnej a zarazem suchej jak pieprz, roślinności. Byłem sam, ale to nic, bo wszędzie mrugały światła, powiewały zasłonki i firanki, stukały pociągi i wiedziałem, że ci ludzie są tak samo samotni, bo muszą się zestarzeć lub umrzeć. Widziałem dobrze, jak ciepła noc otula nas wszystkich i przyciska do siebie młodymi ciałami dziewczyn z plaż i kafejek Arroyo.
Życie to niezły kicz.
Wyrzucony przez morze samochodów na rogatki miasta, which never sleeps, na ślimakach obwodnic, zsuwałem się ze stromego nasypu ze stówą w bucie i dychą w kieszeni. Tak miało być.
Miałem iść jak czołg na skróty i szedłem. Krzaki nie krzaki, następny wiadukt, klecone budy, znów wiadukt, siatka druciana, psów niet, miękkie, sprężyste kroki. Wciąż się nie bałem.
A przecież tutaj też muszą być te skurwysyny. Ci, których powinienem kochać. Z nożami, lagami, rozbitymi butelkami. Moi nieprzyjaciele, których, żeby zdążyć pokochać, musiałbym najpierw pokonać, wziąć pod but, przytrzymywać ręce i czekać dopiero aż miłość wzbierze. A przecież wiedziałem już, że zanim ich pokocham, tych nieprzyjaciół moich, zesram się ze strachu, kiedy będę uciekał, myląc krok i czekając na potknięcie...
Ale nie... Na razie jest dobrze. Może nie będzie tak źle.
Było już późno. Mój sterany zegarek z porysowaną szybką z pleksi, mój symbol pokolenia, wyświetlał ciekłokrystaliczne 23.03. I śmierdział. Pod każdym skórzanym paskiem, nie wiedzieć, dlaczego, robił się smrodek. Poczułem go jeszcze, kiedy byłem mlekiem pachnącym, obiecującym młodziankiem. Od tamtego czasu miałem dwa zegarki i sporą ilość skórzanych pasków, pod którymi zawsze robił się smrodek. Nie byłem pewny, dlaczego, ale miałem na ten temat teorię: Otóż, spałem w zegarku i trzymałem rękę pod głową, i się zaplułem, i zapociłem i tak dalej.
W każdym razie, kiedy sypiałem z moją pierwszą dziewczyną, zdejmowałem na noc zegarek, żeby nie porysować jej sprzączką pleców i żeby nie śmierdziało nam w łóżku. I wtedy nie śmierdziało pod zegarkiem nawet za dnia, kiedy już normalnie zakładałem go na rękę. Ale, ale... powiedziałem - porysować jej plecy, a z tego by wynikało, że traktowałem ją, tę moją dziewczynę, jak przedmiot. Bo porysować można na przykład samochód, a człowieka raczej podrapać... No i niech tak będzie. Kobieta to przedmiot, przedmiot z duszą... Jak żelazko.
Tu i tam chrupnęła plastikowa butelka, aż stopy wymacały w końcu twardy grunt. Wstąpiłem na ścieżkę, oby nie wojenną. Lawirując zwinnie, podążałem za myślą bezimiennych twórców łagodnych zakoli i gwałtownych zakrętów znaczonych wrakami wózków dziecinnych, pralek i wonnych wersalek. Dokoła mnie, w gąszczach krzaków i żółtego trawska, grzmiały cykady tak przemożnie, że zagłuszały nawet odgłosy miasta.
...Zresztą, ja też chciałbym być przedmiotem.
Ale przy moim wzroście nawet niezła klata nie zda się na wiele. O ile z rana mierzyłem jeszcze 169,2, to po długim dniu wzrost spadał dramatycznie do 168,4. Wiadomo, tarczki międzykręgowe w kręgosłupie się ubijały. Poza tym, byłem dużo za inteligentny na typowy przedmiot. W rzeczy samej, tak inteligentny, że nigdy nie sprawdziłem swojego IQ. Po prostu inteligencja podpowiadała mi, że cały ten szum, jaki Amerykanie robią wokół Ajkju to zwykła bucówa. Jeżeli coś się liczy naprawdę, to z pewnością wzrost. I chętnie oddałbym te domniemane 10 punktów nadwyżki za 10 centymetrów.
Zaczynałem się rozgrzewać. Krok stawał się bardziej sprężysty, oddech się pogłębiał... Teraz jest najlepsza pora dnia. Ciało zaczyna wprost płynąć. Nie czujesz kostki zwichniętej dwadzieścia lat temu, zwyrodniałego kręgosłupa, naderwanego ścięgna pod lewym kolanem. Czujesz euforię. W co ją przekujesz? Wiadomo. W sen. I tym ona większa.
I już rozglądałem się nerwowo za miejscem na sen. W cieniu – to raz. Żeby nie śmierdziało - to dwa. Sucho - trzy. Równo, miękko, kameralnie, ustronnie, cicho, pachnąco. Może pod tamtym krzaczkiem? Nie, nie - za gęsto, jeszcze coś mnie oblezie... Poczułem falę zmęczenia, przytłaczającą, przyjemną falę. A może za tą beczką?
Rzuciłem się w jej stronę, jakby ktoś mógł mi zająć miejsce. Najpierw sprawdziłem nosem. Czysto. Ugniotłem suche chaszcze nogami, aż się rozstąpiły trochę. To i lepiej, że są, bo karimaty nie mam. Zawinę się w śpiworze.
Zdjąłem tylko buty. Zgiełk nie tak już odległego miasta był cichszy za beczką, wręcz w sam raz. A skorpiony do cholery? Zapomniałem o nich. Zapomniałem już w Europie. Ale mam na nie środek. Lepszy, niż na karaluchy. Tych to nigdy nie lubiłem. Najczęściej można je spotkać w kuchniach wojskowych. Nigdy w trawie. Karaluch jest gorszy od skorpiona. Giniesz z obrzydzenia. A skorpion? Czysta trucizna, wola boska z różowym ogonkiem, czyste stworzenie. Będzie chciało, to uszanuje. Więc pokładam ufność w Panu. To ten środek na skorpiony. Nie wiem, dlaczego, ale na męty nie działa.
Spoglądałem przez chwilę na nieznane niebo, spocone od gorąca. Na gwiazdy lepiej patrzy się we dwoje. Podrzutem całego ciała, zgrabnie przekręciłem się na bok. Ciasny śpiwór z zepsutym zamkiem krępował ruchy, ale dawał złudne poczucie bezpieczeństwa. Za chwilę zapomnę o położonym koło głowy, otwartym scyzoryku.
Na razie nie jest źle - podciągnąłem kolana z lubością. Przynajmniej nie powinno padać. Strach przypływał i odpływał łagodnymi falami, przyjemnymi jak lekkie powiewy od morza w upalny dzień. Zmęczenie gasi strach, bo zmęczenie jest wrogiem strachu, uspokaja podróżnych, zamyka oczy wartownikom.
O Ameryce nie miałem zielonego pojęcia. Nawet nie pamiętałem, dlaczego, intelektualiści mówili Łacińska a nie Południowa. Dlatego, że papież mówi po łacinie? Może. Nie pamiętam. Już nie będę intelektualistą-erudytą, który zna świat i rozumie procesy. Już nigdy nie będę miał szesnastu lat, dotykając pierwszy raz długich włosów, nie przesunę dłoni dalej, opierając ją na szyi, dziwiąc się, że to możliwe. Nigdy. To najstraszniejsze słowo w każdym języku.
2.
Nieduży, niebrzydki robak piął się w górę po suchym źdźble trawy, gracko wymachując czułkami. Szedł do nikąd. Źdźbło mierzyło w niebo, a on, jak gdyby nigdy nic, lazł dalej, nie chwytając bezsensu tego wysiłku. Im wyżej, tym bardziej się wahał, zawracał, marudził, robił parę kroków w tył, coś tam mruczał pod nosem, może przeklinał, jednak wciąż wracał do poprzedniego kierunku. Kiedy był już w połowie drogi do nikąd, musiała mu się nóżka omsknąć, bo fiknął gwałtownie i zawisł do góry nogami. Łapiąc się kurczowo trawy, zamarł ma moment z przerażenia. Cykor. Balansując wszystkim, co miał, rozkładając jeszcze chitynowe pancerze i skrzydła, zdołał jakoś przekręcić się znów na grzbiet źdźbła. Może teraz zawróci? Gdzie tam. Ruszył dalej. Zaczynałem odczuwać podziw. Czy wie chociaż, że będzie musiał wrócić tą samą drogą? Bo skoczyć, nie skoczy na pewno, przecież się boi. W koło żadnych kamer, telewizji - nie robi tego dla reklamy. Uniosłem się na łokciach, idealista, marzyciel to dość już rzadki widok. Zrobił jeszcze kilka kroków i nagle źdźbło zaczęło się giąć. Zgięło się całkiem łagodnie i oparło o gałązkę krzaka. Robak chrząknął, dyskretnie sprawdził czy patrzę i od niechcenia przeszedł na krzak, nie dotykając ziemi nawet palcem.
Wciąż leżałem opatulony dokładnie, z głową ledwo wysuniętą ze śpiwora. Od samego przebudzenia wiedziałem gdzie jestem: za beczką w Ameryce Łacińskiej.
W nocy odległe i ułożone, rano nitki autostrad przybliżyły się znacznie, zamykając mnie i beczkę w trójkącie Bermudzkim, w czasoprzestrzeni sprężyn od wersalek i suchych jak wiórki gówien. Nie wyglądało to pięknie, ale, z drugiej strony, nikt nie obiecywał, że będzie inaczej. Ciężarówki i samochody śmigały w gwałtownych interwałach, a chaszcze, żółte trawska i strome nasypy dzieliły mnie i kierowców na obywateli dwóch różnych światów. Poczułem się jak w moim domu, w Europie.
W nieruchomym powietrzu strach lekko muskał policzki. Była 7.20. Za godzinę zacznę odczuwać pragnienie, za półtorej zacznie mi szumieć w głowie od gorąca, za trzy poczuję ssanie w żołądku (pozostałość po wrzodach) i głód.
Zerwałem się z posłania, stanąłem w miarę prosto, wystawiając głowę z cienia. Słońce klepnęło mnie przyjacielsko w kark. Nie musiałem czekać półtorej godziny - już mi szumiało w uszach. Za długo spałem. Osunąłem się na ziemię, wzułem buty, zwinąłem śpiwór i siadłem na nim, opierając się plecami o beczkę. Patrząc na zegarek, siedziałem tak dwie minuty, usilnie nie myśląc o niczym, po czym wstałem i ruszyłem w drogę.
Przeprawiłem się już przez dwie autostrady i pogrążyłem w trzecim trójkącie. Właśnie mijałem ostowatą roślinę częściowo owiniętą porwanym t-shirtem, kiedy, gdzieś niedaleko, rozległa się pojedyncza cykada. Chwilę później, trochę dalej, odpowiedziała jej druga. Zanim zdążyłem pomyśleć, że o nich zapomniałem, wszystkie chaszcze, trawy, zielska, cały teren wokół mnie eksplodował obsesyjną pieśnią. Fala gorąca przydusiła mnie do ziemi. Masz, kurwa! - przerażony sięgnąłem do plecaka po czapkę.
Byłem już blisko miasta, z nasypu mogłem dostrzec korony drzew przykryte mgiełką oceanu. Teren opadał lekko ku wschodowi. Wkraczamy w strefę supermarketów i benzynowych stacji. Wizg samochodów i uśmiechnięte śniade buźki prostowały mi plecy. Trzymam fason - pomyślałem sobie i poczułem głód. Głód mielonki i cienia.
Śniadaniowa. Postawiłem ją mściwie w pełnym słońcu, na kamieniu i oparłem plecy o chłodną, betonową ścianę przepustu. Leniwie śledziłem odciski szalunków na sąsiednim filarze i, po raz drugi w Ameryce, udało mi się nic nie myśleć. Jak będzie dalej tak dobrze, to dożyję do śmierci - pomyślałem w końcu.
Nakłuta mielonka siknęła wysoko. Zebrałem chlebem rozlany tłuszcz z wieczka i otworzyłem puszkę. Za zimna na danie gorące, za ciepła na kanapki. Słony syf. Opędzlowałem całą, myśląc natrętnie o pół litrze wody, chytrze ukrytej w plecaku. Gdy Chrystus był na pustyni, mógł mu ten diabeł podsunąć mielonkę.
Zdrzemnąłem się trochę, niestety. Powinienem zostawić to na później. Kto śpi nie grzeszy i nie odczuwa bólu istnienia. Taki fenomen. Z największym trudem pozbierałem swoje kości, spoglądając z wyrzutem na pustą puszką. Co jest, do cholery? Przecież w koło i tak panuje istny śmietnik... Westchnąłem, wygrzebałem puszką mały dołek, wrzuciłem ją do środka i przysypałem ziemią. Podniosłem głowę w samą porę, by dostrzec dwa polatujące nade mną wróbelki, trzymające w dziobkach wstążkę z napisem: "Pierdolony idealista". Ruszyłem w drogę.
Zaczynałem odczuwać pragnienie. Kto kręcił się kiedyś w podobnych okolicach, wie, że jest to temat szczególny. Gdybym miał to wytłumaczyć Eskimosce, powiedziałbym tak: Stoisz już dobrą chwilę na mrozie i zaczynasz odczuwać szczypanie w palce u stóp. Co robisz? Jasne, przytupujesz nogami. Nie pomaga? Biegniesz. Ale gdy stracisz siły, a zimno jest ci dalej? Pora gdzieś wstąpić i ogrzać się. A jeżeli najbliższym schronieniem w promieniu 100 km jest lisia jama? Co wtedy czujesz?
Z doświadczeniem pragnienia - dotykam jej ręki, żeby się nie bała - jest dokładnie odwrotnie. Kiedy się odzywa, zwalniasz kroku. Nie pomaga, zatrzymujesz się i kładziesz. I tak dalej... Tylko ostatnie odczucie jest takie samo. Uświadamiasz sobie, że natura, ta wspaniała natura o tyle lepsza od ludzi, nagle zapragnęła cię zniszczyć. Taka świadomość niesie ze sobą strach. Masz to jak w banku.
Ludzie mają różne upodobania. Znam takich, co wolą zimę. Naprawdę. Nie mówię tu o żałosnych osobnikach, którzy tkwiąc w czerwcowy dzień w korku pod Paryżem, zaklinają się, że wolą zimę, a w listopadzie krzyczą: aby do lata. Naprawdę są miłośnicy zimy. I może nigdy nie będę bliższy ich zrozumienia niż dzisiaj. Ja jednak wolę strach lata, niż strach zimy. Znam się na strachu.
Rano wydawało mi się, że miasto jest już blisko. Wczoraj w nocy, kiedy wymknąłem się podniecony z lotniskowego busa na pierwszej stacji benzynowej - nie spytałem nawet o odległość i kierunek. Byłem pewny siebie, jak zwykle w nieznanym terenie. Rzeczywistość, ta stara Rzeczywistość zawsze jednak przerastała swoją obojętną perfidią moje wyobrażenia.
Korony drzew przykryte mgiełką oceanu gdzieś zniknęły. Rozżarzone, drgające powietrze nie poruszało żadnych firanek. Nie poruszało w ogóle niczego. Droga szybkiego ruchu biegła prosto jak strzelił, a wzdłuż niej rozciągał się krajobraz odległych przedmieść przeciętnego niemieckiego miasta Zagłębia Ruhry.
Magazyny, hurtownia, skład budowlany, wysoki silos z namalowanym logo firmy, dźwigi, konstrukcje stalowe, puste place, hangary, rozlewnie i niekończące się kilometry siatki ogrodzeniowej. Wszystko pokryte czerwonawym pyłem, przetykane wątłymi okazami suchej, pomiętej i kłującej roślinności.
Wkrótce na poboczu, którym dotąd szedłem, pojawiły się metalowe barierki. Strumień samochodów zgęstniał, i z niepokojem dostrzegłem, że moja obecność staje się dla kierowców niemiłym zaskoczeniem
Poczułem dużą ulgę, kiedy odkryłem wąską ścieżynę biegnącą po drugiej stronie barierki. Spotyka się je wzdłuż wszystkich autostrad, gdzie piechur jest ciałem obcym i pojawiać się nie ma prawa. Taka ścieżyna potrafi dodać otuchy.
Już dawno przestało mi się odbijać mielonką. Ruch samochodowy dość długo odwracał moją uwagę od tematu nr 1. Ale teraz, na tej łagodnej ścieżynie zobaczyłem wodę pod niezliczoną ilością postaci. Widziałem górskie wodospady i małe studzienki głębinowe, stare ocynkowane rynny, z których kapały ostatnie krople deszczu, mosiężne krany w sieniach wiejskich chałup i samochodowe zbiorniczki na płyn do spryskiwaczy, które śmigały tuż koło mnie jak niewidzialny strumień.
W końcu się poddałem. Zdecydowałem, że kupię coś do picia na następnej benzynowej stacji.
Niedługo potem blaszane ogrodzenie po mojej stronie drogi nagle się urwało i w tle wielkiego parkingu ujrzałem rozległą fasadę świątyni. Byłem uratowany.
Nie był to ascetyczny styl romański. Ani też strzelisty, wzniosły gotyk. Nie był to gadatliwy, pulchny barok czy wyważony, miarowy klasycyzm. Nic z tych rzeczy. To, co ukazało się moim oczom było potężnym, pomalowanym na czerwono pudłem z blachy. A jednak to tutaj zmierzały pielgrzymki rozpromienionych wiernych w płynnych interwałach. Żadna architektura nie zdołała oddać tak trafnie istoty odpowiadającego jej kultu jak ten blaszany kolos.
Nigdy, podobnie jak wielu innych pątników, nie czułem się wyznawcą tej religii. Wydawało mi się, że jestem raczej turystą. Wiedziałem, że nie wezmę wózka na kółkach, tylko mały koszyk. Przy wejściu nie spróbuję wotywnych ciasteczek, a w nawie bocznej nie zatrzymam się na moment przy obwiązanym kokardą fordzie mondeo. Nie wysłucham nauczania jednej z kapłanek promocji i nie przyjmę darmowego jogurciku.
Co z tego, skoro i mnie zawsze udzielał się podniosły nastrój miejsca. Miałem w dupie proszki od bielszej bieli, naparstki wonnej kawy, która sprawi i chrupki, które chrupiąc rozpłyną się w ustach. Ale obecność tylu rozmarzonych, szczęśliwych kobiet jawiła mi się jak obietnica raju. Co z tego, że ich stan nie ma nic wspólnego z moją osobą, skoro przecież jest możliwy w mojej obecności? Jak błogo! Maszerując nawą główną, mijałem miliony dóbr, których one pragną i wiedziałem, że mogę je wszystkie mieć. Mam na myśli dobra oczywiście i nie wszystkie naraz, ale każde z osobna.
Nigdy nie potrafiłem do końca zrozumieć, dlaczego one, kobiety, są zdolne do okazania tak bezpośredniego zainteresowania, ba fascynacji, zwykłej elektrycznej lokówce, albo małej paczuszce rodzynek z przeceny? Biorą do ręki, szeleszczą, zaglądają ze wszystkich stron, uśmiechają się i ważą w ręku. Nie rozumiałem tego i chyba z tego niezrozumienia lęgło się w mojej głowie całkiem absurdalne marzenie, żeby stać się przedmiotem.
Nic dziwnego, że kiedy przekroczyłem szklane podwoje mojego pierwszego w Ameryce Łacińskiej hipermarketu, odetchnąłem klimatyzowanym powietrzem z podwójną ulgą. Wszystko było na swoim miejscu, dokładnie tak, jak na Starym Lądzie. Gdy zerknąłem ukradkiem na długi rząd kas, aksamitna skóra latynoskich dziewcząt sprawiła, że moje obolałe po przeszło dziesięciokilometrowym marszu nogi zostały uleczone a pragnienie wzrosło w dwójnasób.
Znajomy zapach plastikowej tandety i gównianej margaryny ostudził jednak mój zapał szybciej niż przypuszczałem. Ruch w sklepie był umiarkowany, a wśród dorosłych kręciło się zastanawiająco dużo małych, najwyraźniej bezpańskich dzieci. O co chodzi, zrozumiałem, kiedy zagłębiłem się w chwilowo luźny pasaż ze słodyczami. Towarzyszący mi może sześcioletni chłopaczek z podrapanymi kolanami, wystrojony w śnieżnobiały t-shirt ze zdjęciem Diego Maradony porwał z półki batonik Marsa, rozerwał opakowanie wprawnym ruchem - tak jak się odbezpiecza granat i zaczął miarowo wcinać. Na czyj koszt?
Rozglądnąłem się niespokojnie i nie na darmo. Wielki (w każdym razie wyższy ode mnie) ochroniarz z bardzo smutną miną kroczył w naszym kierunku. Chłopaczek przysuną się do mnie, nie przerywając gwałtownej konsumpcji. Ja sam, zaskoczony swoją brawurą, przesunąłem mu ręką po głowie. Ochroniarz zaszeleścił coś po hiszpańsku i poszedł dalej. W gruncie rzeczy nie ryzykowałem wiele. Byłem w Ameryce Łacińskiej a nie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Poza tym - czy ktoś kiedyś widział pedofila w starych butach i z plecakiem?
A przy okazji butów - jest pytanie, które, całkiem serio postawiłem sobie już dawno temu i które dręczy mnie do dziś: Czy można w starych butach wyglądać młodo?
3.
Wypadła wprost na mnie zza kolorowego krzaka rosnącego na styku chodnika z ogrodzeniową siatką. Była wielka, wspaniała, na pewno wyższa ode mnie. Co najmniej 170 centymetrów. Pełne, zgrabne, sprężyste ciało odziane w elastyczne, obcisłe spodnie, zalotny jasny podkoszulek z przykrótkimi rękawkami i wystający pępek, wspanialszy nad wszystko, co dotąd widziałem.
Szesnastolatka z otwartą twarzą, rozwianymi pędem włosami, przemknęła koło mnie, radośnie miotając jakieś przekleństwa. Pognała za chudym, wysokim gówniarzem, który jeszcze przed momentem zawołał w kierunku krzaka: ty zdziro, ty dziwko lub, ty kurwo - tłumaczenia nie byłem pewny. Wyminęła mnie w pełnym, falującym pędzie, z taką łatwością, z jaką mija się kamyk na drodze.
Widowisko odbywało się teraz za moimi plecami. Chłopak zmiatał w popłochu. Jego tchórzliwy rechot wciąż brzmiał mi w uszach. Nie odwróciłem się nawet na moment. Szedłem starannie niewzruszony dalej, delektując się zapisanym, czterowymiarowym obrazem dziewczyny w trampkach. Nie pokazując po sobie niczego, jak złodziej, odtwarzałem raz za razem milisekundy widowiska, które spadło na mnie tak niespodzianie. Dobierałem słowa, łapałem je łapczywie jak ryba, która kiedyś była malarzem. Siła. Biła od niej po prostu siła. To było najważniejsze. Wydawało się, że mogła kruszyć skały. Gówniarz, chociaż w jej wieku, wiał naprawdę przerażony.
Karkołomne przegięcie bioder w pełnym biegu. Wypięty brzuch, zrzucający wprost z siebie czarne, przyklejone do białych majtek spodnie. Uda, ciężkie i szybkie jak spocone ramiona boksera. Piersi, które przy każdym kolejnym skoku podciągały wyżej i wyżej ciasny podkoszulek.
Ręce miała szczupłe, ledwie przykryte kusymi rękawkami. Jej twarz, czysta i jasna, nawet za jasna na Latynoskę, była tak pewna siebie, że mógłbym zapytać: „Powiedz mi, kim jestem?”. Gdybym tylko nie bał się odpowiedzi.
Słyszałem, jak chłopak przebiegł na drugą stronę ulicy, zawrócił i wybiegł przede mnie. Chwilę traktowali mnie jak ruchomą przeszkodę, po czym gonitwa przeniosła się pod pobliskie platany. W nieruchomym powietrzu wciąż wisiał groźny, doniosły głos dziewczyny, który mógł nieść wiadomość:
- Jak cię tylko dorwę Hesus, to ci nogi z dupy powyrywam!
4.
Dorwałem ją, kiedy zsiadała z roweru i próbowała przytroczyć go trochę za krótkim łańcuchem do barierki. Sposób, w jaki to robiła, wskazywał na pewność siebie. Próbowała tak i siak, ale ruchy były spokojne i celowe. Nie czuła na sobie spojrzeń przyszłych złodziei i tych wyluzowanych młodych obywateli, którzy nigdy nie przypinają roweru (bo liczą na rodziców, którzy kupią następny). Nie mogła mieć więcej niż 166 (na bosaka, a była w adidasach). Nie przeszkadzałem - czekałem, kiedy osiągnie sukces, wyprostuje plecy i z satysfakcją odmaszeruje.
Udało się w końcu. Rower wprawdzie zawisł w niegodnej pozycji, ale Latynosek do lat 6 nie odjechałby nim w czasie krótszym niż sześć sekund. Wyprężyłem się i podszedłem energicznym, aczkolwiek łagodnym krokiem. Miałem już gotowe pytanie, ale kiedy zobaczyłem z bliska jej twarz, musiałem się zawahać:
- Przepraszam, którędy na plażę?... Można dojść?
Studentka z dobrego domu, pokładająca ufność w swojej komórce, zaopatrzona w dwie karty kredytowe, drobne na sałatkę w sałatkowym barze, podniosła swe ufne i rzeczowe oczy córki, do której tata ma zaufanie, uśmiechnęła się miło, ale nie lekceważąco i odpowiedziała czystą angielszczyzną:
- Jesteś z Europy?
Miała twarz z gatunku tych poprawnie pięknych, które mogą zawsze liczyć na akceptację czy nawet podziw, nigdy natomiast nie budzą wzruszenia, bez którego nie ma miłości. Poczułem się swobodnie i lekko. Udałem zdziwienie:
- Co jest, to tak widać?
- Co tu robisz? - zapytała z czułością dobrego policjanta. Liczyłem na to pytanie, Pewnie dlatego zostałem malarzem.
- Rysuję.
- Co?
-Chcesz zobaczyć? - zręcznie ukryłem nadzieję, za lekką protekcjonalnością starszego brata.
- Co zobaczyć? - nielekceważąco zmarszczyła czoło.
- Rysunki. Mam w plecaku. - pokazałem brwiami plecak.
Przysiedliśmy na wskazanych przez nią pobliskich schodach, ciągnących się przez całą fasady jakiegoś muzeum czy dużego urzędu.
- W ołówku? - westchnęła lekceważąco.
- I co z tego? - zacząłem przekładać niespiesznie rysunki, dotykając je również lekceważąco końcami trzech palców, tak jak się liczy pieniądze, kiedy się już wie na pewno, że ich nie wystarczy.
Przy niektórych zatrzymywała się na dłużej, przekonując mnie nienatarczywie, że są niezłe. W większości były to te, których nie wyrzuciłem z oszczędności, bo były wciąż kartką papieru czystą z jednej strony. W pewnej chwili ożywiłem się. Przed oczami mignął mi rysunek, którego tu nie powinno być. Przedstawiał szkicowy portret mężczyzny po pięćdziesiątce o zniszczonej twarzy częściowo skrytej za wielkimi, niezgrabnymi okularami.
- To jeszcze z Europy. Przysiadł się do mnie na ławeczce w parku, w jakiejś małej mieścinie - wziąłem rysunek z jej ręki. - Byłem pewny, że zaraz poprosi mnie o drobne na piwo, bułkę czy coś w tym stylu, wiesz jak to jest...
- Jasne - przytaknęła ze zrozumieniem.
- Wyglądał na sępa, mimo, że był w okularach. Może to widać... Widać?
- Widać - zgodziła się dość chętnie. - I co, zasępił, czy nie?
- Właśnie nie. Zobaczył, co rysuję i zaczęliśmy rozmawiać o sztuce. Nie starał się mi schlebiać, mówić, że on też i takie tam... Prawdę mówiąc, miał więcej do powiedzenia ode mnie. Opowiadał o weselach, restauracjach, instrumentach i kolegach. 0 kolegach - uściśliłem - nie o kumplach. Wiesz, o co mi chodzi... Kiwnęła głową, że wie.
- Grywał wszystko i na wszystkim, ale ton jego głosu pozwalał rozróżnić, kiedy mówił o grze za pieniądze i grze dla samej gry. Wspominał miękko i łagodnie dawne czasy... - przerwałem i zmrużywszy oczy, wpatrywałem się w głąb pasażu, gdzie z nad falujących sylwetek ludzkich wyłaniał się przedpołudniowy szum miasta.
Próbowałem ogarnąć jednym zdaniem, to, co przekazał mi mężczyzna z ławki. Dziewczyna poprawiła sznurówkę adidasa.
- Myślę, że wiedział o życiu coś, czego nie wie większość ludzi... i ta wiedza da wała mu łagodność i spokój.
Dziewczyna zsunęła i rozsunęła z powrotem zamek swojej wielkiej torby.
- Pora na wykład? - zapytałem.
- Mhm.
- Co studiujesz? Ekonomię? Prawo? - nie odmówiłem sobie przyjemności zgadywania.
- Pudło. Architektura.
- Widzisz... ten facet z ławki na końcu zapytał, czy nie miałbym parę drobnych na piwo czy coś tam...
- Wiedziałam - wtrąciła zadowolona. - Sprzedał ci swoją historią. A ty mu zapłaciłeś.
- Tak... - zawahałem się i nagle złapałem właściwy wątek. - 0 to właśnie chodzi. On mi nie sprzedał swojej historii, bo wiedział, że ja wiem, że ona by wtedy nic nie była warta. To nie był handel ani wymiana... zresztą, on nawet specjalnie nie dziękował za tę parę groszy.
- Ale zaraz po tym jak mu dałeś, poszedł?
- Tak.
Prawie jednocześnie wstaliśmy ze schodów. Otrzepałem odruchowo spodnie, prostując ostrożnie ścierpnięte nogi.
- To którędy na tę plażę?
- Na piechotę? Nie wygłupiaj się, to ponad dziesięć kilometrów - pokazała przystanek, pomachała i wbiegła po schodach do wielkiego budynku.
Popatrzyłem na zegarek. Było pięć po dziesiątej. Dobre i to - pomyślałem i zabrałem się do niewdzięcznego zajęcia wciskania teczki z rysunkami do plecaka. Pełne plecaki różnią się od pustych plecaków tym, że do pierwszych trudno jest coś włożyć, a z drugich trudno jest coś wyjąć.
5.
Już trzeci dzień siedziałem na plaży. Myślałem, że to niemożliwe, a jednak. Skórę zaprawiałem jeszcze w Europie. Słońce uderzało prostopadle w mój mózg, tocząc nierówną walkę ze świadomością, która wciąż wygrywała. Była to niemiła świadomość skrajnego idiotyzmu całej sytuacji. Ludzie przychodzili na plażę, żeby odetchnąć, odprężyć się, względnie wyszaleć. Ja przychodziłem tu po to, żeby zabijać a raczej mordować czas. Mordowałem go w okrutny sposób. Okrutny dla siebie. Nie dla czasu. Czas lekko popiskiwał. Albo raczej pełgał na kształt ciekłokrystalicznych cyferek, które przelewały się niespiesznie na tarczy mojego steranego, plastikowego zegarka. Zegarek przechowywałem jak relikwię w prawej kieszeni dżinsów, ułożonych w kostkę pod głową. Nawet nie próbowałem w nim pływać. Owszem - był opatrzony stosownym napisem: WATER RESISITANT, lecz przy jego cenie napis ten należało tłumaczyć, że i owszem zegarek opierał się wodzie, lecz w końcu jej ulegał. Mój egzemplarz ulegał już w czasie jazdy rowerem przez lekką wiosenną mżawkę. Pleksiglasowa szybka pokrywała się wtedy od wewnątrz mgiełką zapomnienia, zupełnie uniemożliwiając odczyt.
Plażowe poranki były dość spokojne. Ludzi było mało, a ci nieliczni, którzy się pojawiali byli zaprzątnięci swoją formą albo lizali rany po samotnie spędzonej nocy. Rasowych obserwatorów było wiec o tej porze niewielu. Mogłem spokojnie zjeść resztki salami z poprzedniego dnia i popić wodą z własnej rozlewni, nie wzbudzając w nikim podejrzeń, że jestem tym, kim jestem. Po śniadaniu rozbierałem się i gładko zamieniałem w plażowicza. Rozkładałem ręcznik w całkiem jaskrawym jeszcze - żółtym kolorze, rozpłaszczałem, na ile to możliwe, plecak, żeby udawał raczej plażową torbę, układałem obok blok rysunkowy i książkę (żeby wyglądać na człowieka myślącego) i kładłem się. spokojnie, gotowy na przyjęcie upału. Nie spieszyłem się z pierwszą kąpielą. Odkładałem ją jak najdłużej, rozkoszując się panującymi wokół równością i braterstwem.
Mógłbym powiedzieć, że plaża to najbardziej egalitarne miejsce pod słońcem, ale nie powiem, Nawet tu są równi i równiejsi. Rzeczywiście, trudno jest prezentować swój stan majątkowy i stabilizację życiową za pomocą skrawka materiału naciągniętego na biodra. Zaraz tworzy się jednak całkiem inna hierarchia. Dwudziestoletni roznosiciel lodów, kiedy już porzuci puste pudło, staje się bogaczem. Mija paru prezesów w średnim wieku wraz z ich żonami lub kochankami, bierze nagły rozpęd, dudni bosymi stopami po ubitym, mokrym piasku i wbija się w falę smagłym, sprężystym łukiem. On wie, o co tu chodzi. Zdaje sobie sprawy z tego, że świat stanął do góry nogami, dając mu coś, czego nie mieli jego rówieśnicy od początku stworzenia: Miażdżącą Przewagę Młodości.
Bo, jak świat światem, Młodość była zawsze obiektem pogardy i kpiny. Starannie się ukrywała, przemykając chyłkiem pod ścianami kamienic. Spotykając Starość czy Wiek Dojrzały, Młodość opuszczała wzrok pokornie, świadoma własnej bezbarwności i nijakości, w żaden sposób nie równoważonej bezmyślną energią wróbla ćwierkającego na parapecie. Całe tysiąclecia Młodość używała sztuczek, męczących wybiegów, żeby ukryć swój żałosny stan.
Ktokolwiek przyjrzy się po raz pierwszy fotografiom ulicy z początku XX wieku, musi doznać szoku. Co jest grane? Sami starzy ludzie? Kiedy w odruchu zdziwienia chwyci za lupę lub wyostrzy wzrok, zrozumie swój błąd: przekrój wiekowy ulicy jest zwyczajny, tylko że młodzi za wszelką cenę próbują upodobnić się do starych. Noszą za wielkie garnitury, za duże buty, przemieszczają się sztywno, drapani przez nakrochmalone kołnierzyki. Tak było zawsze. Może tylko poeci dostrzegali w Młodości jakąś wartość i była to raczej świeżość doznań i spontaniczność porywów serca, niż możliwość nieustającej kopulacji i innej konsumpcji.
Aż tu nagle, gdzieś przy końcu ubiegłego wieku, przez świat zaczęły się przewalać tabuny emerytów w białych adidasach, dżinsach i t-shirtach. Starzy zaczęli naśladować młodych, odwrócił się. odwieczny rzeczy porządek. Starzy, podobnie jak dawniej młodzi, zabrali sie do udawania bardzo nieudolnie. Adidasy musiały być białe jak śniegi. Kilimandżaro, a na koszulkach, zamiast potu i wygnieceń, zaczęły się pojawiać kanty. W nowym stroju mieli się czuć swobodnie, lecz nie potrafili, bo, tak jak cechą młodości jest beztroska, nieuwaga i przybrudzenie, tak cechą starości jest samoświadomość, rozwaga i skrupulatność. Nie można starać się być spontanicznym. Jeżeli koniecznie chcesz być spontaniczny przestań się starać. Zapomnij.
Plaża powoli się wypełniała. Nie była to plaża ekskluzywna, płatna i sprzątana co rano. Miliardy petów wbitych w piasek ze stoickim spokojem przechowywały na ustnikach kod genetyczny swoich właścicieli. Jeżeli pety miały świadomość - w co wątpię, chociaż ktoś, kto odwiedził ostatnio Indie mógłby się ze mną nie zgodzić - to musiały zdawać sobie sprawę z bezsensu swojego wysiłku. Która kalifornijska klinika zdecydowałaby się sklonować latynoskiego plażowicza? Roznosiciel lodów był w błędzie. Kiedy wbiegał długimi susami do wody, nie minął prezesa. Ten bladawy facet po czterdziestce, bawiący się telefonem komórkowym, był pracownikiem warsztatu samochodowego z przedmieść wschodniej, najbardziej odległej od morza części miasta. Niedzielę spędził, w kanale, odrabiając dyżur za kolegę i oto dziś, chociaż raz w roku, postanowił pojechać na plażę. Był najlepszym mechanikiem w warsztacie, dlatego, kiedy koledzy pili piwo i rozmawiali o miłości, on siedział w kanale albo pod maską, lecząc dotykiem rąk silnik jakiegoś forda z wtryskiem. Szef miał z niego pociechę. Wydawało się już, że trzeba będzie demontować rozrząd a więc i wyjmować silnik. Wtedy szef wołał z przymilnym uśmiechem Horhe. I Horhe odkładał puszkę piwa, której nawet nie zdążył otworzyć, podchodził do samochodu i kładł ręce na silnik. Coś tam dłubał śrubokrętem, pociągał za kabelki, przysłuchiwał się. Nagle nieruchomiał, przywierał do maszyny w jakiejś nienaturalnej pozycji. I raptem silnik zaczynał cykać miarowo, jakby to były targi samochodowe w Zurichu. Szef mówił wtedy: - No widzisz Horhe, dało się zrobić! I szef wracał do swojej sekretarki, a Horhe do ciepłej już puszki z piwem. Bo szef znał się na ludziach a Horhe na samochodach.
Powietrze nieruchomiało, zaczynało tężeć. Było już koło pierwszej. Zbierałem się właśnie do kolejnej, może szóstej kąpieli. Otworzyłem oczy i powoli przekręciłem tułów, opierając się na łokciu. W tej pozycji nieźle rysują się mięśnie ramienia i brzucha. Wcześniej, kiedy jeszcze leżałem na wznak z zamkniętymi oczami i udawałem, że się opalam, a nie próbuję przeżyć kolejny dzień w Ameryce Łacińskiej, usłyszałem w bezpośrednim sąsiedztwie trzy dziewczęce głosy. Głosy krążyły chwilę, wahały się, po czym zaczęły mościć się po mojej lewicy. A więc stan podwyższonej gotowości.
Jakiś czas spoglądałem w zamyśleniu w morze, by następnie potoczyć roztargnionym wzrokiem po plaży. Świadomie dodawałem dramaturgii temu nieoczekiwanemu zdarzeniu. Starannie omijałem dziewczyny, które właśnie rozłożyły kocyk i zaczęły się rozbierać. Chociaż wszyscy na plaży paradują w zasadzie w bieliźnie, to ilekroć widzę jak ktoś się rozbiera, odwracam wzrok. Gdzie tu sens?
Przyjrzałem się już z pięć razy drobnemu metyskowi próbującemu przelać Ocean Atlantycki do „basenu” zbudowanego u stóp swojej mamy, Horhemu, który znów zaczął dźgać grubymi paluchami w drobną klawiaturę Nokii i parze mieszanej grającej w Badmintona (Facet, jak to facet, ustawił się ze słońcem i głośno dyrygował). Nadeszła pora na danie główne, czyli dziewczyny. Nigdy nie potrafiłem robić tego wprost i bezczelnie. Zawsze bałem się; a nuż rozpoznają, że jestem kim jestem? Wyjątkiem było spojrzenie, które mówiło: - Nie spotkałem kogoś takiego jak Ty już ze dwa miesiące. Zrobię wszystko, żebyś została moim przyjacielem. Jeżeli tak Ci na tym zależy, mogę Cię nie tknąć przez cały pierwszy tydzień naszej znajomości. Jeśli się zgadzasz, to podejdź i przemów do mnie.
Ale nawet takie specjalne spojrzenie nigdy nie trwało więcej niż 5-6 sekund. Po prostu nie wytrzymywałem dłużej. Nie wiem czy będzie zaskoczeniem, jeżeli powiem, że żadna z dziewczyn, wobec których zdobyłem się na tak desperacki akt, nie podeszła i nie przemówiła. Z metod podrywu pozostawało więc pytanie o drogę.
Miałem jednak trochę szczęścia tym razem. Nieopodal rozpoczął się właśnie mecz siatkówki plażowej i nie dość, że odwrócił uwagę moich towarzyszek, to jeszcze odbywał się na przedłużeniu linii wzroku. To świetny układ. Zawsze używałem go na wykładach i w kościele.
A oto, co słońce widziało: Pierwsza - blondynka o krótkich, ale nie za krótkich włosach i jasnobrązowych oczach - była najbardziej przeciętna, ze wszystkich trzech. Miała proporcjonalne ciało, dość szerokie biodra i wąską talię, na której, kiedy leżała oparta na łokciu, tworzyły się dwie piękne fałdy - przysmak każdego malarza. Przy całym dość obojętnym profilu jej twarzy, był jednak jeden szczegół, który skupiał całą moją uwagę. Pulchny, wypukły fragment skóry pod brodą drżał, kiedy coś mówiła. Miało się po prostu ochoty położyć na nim dwa palce i poprosić, żeby trochę pomruczała.
Na drugim końcu całkiem sporego kocyka usadowiła się brunetka, o nerwowych dłoniach. Jednak większe wrażenie niż dłonie robiły same włosy. Kruczo czarne, grube, wspaniałe, sięgały ledwie do ramion, a jednak wydawało mi się, że gdybym zanurzył w nich palce mógłbym zbłądzić i błąkać się godzinami. Nic dziwnego, że muzułmanie, w trosce o spokój swoich obywateli każą zakrywać kobietom włosy.
Dziewczyna, tak hojnie obdarzona przez naturę, miała ciało Japonki. Krótkie nogi, wąskie biodra niewiele szersze w obwodzie od talii, okrągłe jak piłki, napięte pośladki, drobne piersi wszystko było drobne. Pociągła buzia, grube brwi i końska szczęka składały się na europejski wyraz twarzy pani doktor nauk medycznych. Szeroki, męski uśmiech był tak szczery i serdeczny, że tylko dodawał jej kobiecości.
Miałem przed sobą jedną z tych dziewczyn, które nie mają w sobie żadnej proporcjonalności. Ich wygląd to jakby kolaż szczegółów anatomicznych z całego świata. Gdyby ktoś kazał mi malować przez sto lat piękne kobiety z wyobraźni, nigdy nie wpadłbym na coś podobnego. Dlatego patrzyłem na nią z podziwem i niedowierzaniem. Brunetka z krótkimi nogami i końską twarzą była piękna.
Trzecia z panienek okazała się być bombą z opóźnionym zapłonem. Leżała spokojnie między kuzynkami i wszystko wskazywało, że jest od nich młodsza. Chociaż wzrostem, czy raczej w tym wypadku długością, przerastała je obie, musiałem z pewnym smutkiem stwierdzić, że to jeszcze dziecko. Zgrabna frazka: „to jeszcze dziecko” brzmiała w tym miejscu szczególnie czysto, jakby wyjęta wprost z brazylijskich seriali, których nikt nie oglądał, ale każdy wiedział, co w nich jest.
Panienka miała niesamowicie proste, patyczkowate ciało. Nieproporcjonalnie długie golenie wskazywały na to, że może jeszcze urosnąć i jakimś cudem nabrać kształtów. Na razie wyglądała jak wykałaczka.
Jednak tylko ta "Wykałaczka" zwróciła na mnie jakąkolwiek uwagą. Kilka razy odwróciła głowę, obdarzając mnie krótkim, nieco chaotycznym spojrzeniem. Za każdym razem gruby, luźno spleciony warkocz głaskał ją po ramieniu, aż robiło mi się błogo i sennie.
W tym samym czasie, kiedy robiło mi się błogo i sennie, słońce i moja głowa zaczęły się ze sobą zderzać jak dwie kule bilardowe a przed oczami pojawiły się ciemne plamy. Nie był to jeszcze czas ostatecznej rozgrywki, więc postanowiłem zrejterować do morza.
Każda kąpiel wyglądała tak samo i z niechęcią obserwowałem jak powoli zmienia się to w rytuał. Najpierw zmierzałem dziarskim aczkolwiek lekko chwiejnym z powodu przegrzania krokiem w stronę linii brzegowej, by następnie, nie zmieniając ani na jotę prędkości marszu, zanurzyć się w wodzie po kąpielówki. Wszystko, co następowało później było jak czysty wyczyn. Najpierw, niczym towarzyszące statkom delfiny, płynnym łukiem wbijałem się w toń. Tak to widzę i nigdy nie próbowałem dochodzić, jak to wygląda naprawdę. Później długo płynąłem pod wodą, delektując się odmiennym stanem nieważkości, by za jakieś dwadzieścia sekund rozpocząć nierówną walkę ze strachem, który nieodłącznie pojawiał się, gdy zapominałem, że nie jestem poławiaczem pereł.
Kiedy się w końcu wynurzałem - hen ze dwadzieścia metrów od brzegu - nigdy nie odwracałem się, żeby sprawdzić, jakie wrażenie wywołał mój wyczyn na skonsternowanych plażowiczach. Po co?
Dla zwielokrotnienia efektu zaczynałem pruć fale crawlem, licząc cierpliwie do 60 ruchów w jedną i drugą stronę. Wtedy już miałem crawla dość i przychodziła pora na żabkę. Kiedy wyszedłem naprawdę daleko w morze, zmieniałem kierunek na równoległy do linii brzegowej, obserwując panienki z odległości, która nie wymaga już bezczelności. Tak odległy punkt widzenia miał też inne zalety. Każda brunetka bez wyjątku wyglądała jak Katharine Ross i płynąłem tylko dla niej.
Kluczowym momentem było wyjście z wody. Należę do tego pod-gatunku ludzi, którym wszędzie się wydaje, że są obserwowani i równocześnie zdają sobie sprawę z tego, że to bzdura, ale kto wie... itd. Jest taka znana filmowa scena: Godzilla wychodzi z oceanu. Brzydka, ale potężna. Tony wody ściekają z jej mocarnego torsu; potokami a groza rośnie im bardziej się potwór wynurza. Mimo swojego mizernego wzrostu trochę się z Godzillą identyfikowałem. Akceptowałem dość łatwo układ pod tytułem: brzydki i potężny. Obraz ten mogły zmącić jedynie kąpielówki. Namoknięty materiał rozciągał się i sterczał za bardzo. Oczyma wyobraźni widziałem jak matki w panice zgarniają swoje potomstwo i porzucając dobytek, uciekają z plaży już nie przed Godzillą ale seksualnym dewiantem..
Rada była prosta: Na moment przed osiągnięciem połowy wynurzenia, szybkim i wprawnym ruchem robiłem porządek w kąpielówkach. Tak wyglądała moja kąpiel.
6.
- Dlaczego pies nie ssie kości?
Pytanie było skierowane wyraźnie pod moim adresem. Nie zdziwiłem się. Ani trochę. Całe życie czekałem na podobne pytanie. Bynajmniej nie dlatego, że znałem odpowiedź. Po prostu było to pytanie jak należy. Takie, które nie wprawiało mnie w najmniejsze zakłopotanie. Zawsze bałem się jak ognia pytań w rodzaju: 1. Jak leci? albo: 2. Co tam u ciebie słychać? albo: 3. Ładny mrozik dzisiaj mamy?
Odpowiedź na tego typu pytania zadawane przez sąsiadów i dalszych znajomych była dla mnie niezasłużoną katuszą. Po plecach zaczynały mi biegać dreszcze, język zaczynał się plątać, spojrzenie stawało się rozbiegane do takiego stopnia, że świat mi się przed oczami kołysał. W efekcie bąkałem coś w odpowiedzi, sam nawet nie wiedziałem, co. Nigdy nie zdobyłem się na odwagę, żeby wywalić całą prawdę: 1. Do dupy. 2. Do dupy 3. Pierdolona zima, jak ja nienawidzę klimatu umiarkowanego.
Brzydkich słów używałem tylko w towarzystwie najbliższych znajomych lub rodziny.
Nic dziwnego więc, że pytanie, które usłyszałem wczesnym wieczorem na zatłoczonym nadmorskim deptaku wypełnionym odgłosami coli siorbanej przez milion słomek, wprawiło mnie gwałtownie w świetny nastrój:
- Że co? Dlaczego pies nie ssie kości? 0 to mnie pan pytał, sir? - powtórzyłem pytanie nieznajomego z entuzjazmem.
Nieznajomy kiwnął głową spokojnie, że właśnie o to mu chodziło,
- Nie wiem... nie mam pojęcia - odpowiedziałem z satysfakcją. Rzeczywiście, nie widziałem nigdy, żeby pies ssał kość.
- Bo ją może zgryźć - mężczyzna pokiwał głową z melancholią, opierając się wygodnie na barierce pomostu.
Właściwie to go znałem. Kręciłem się już trzeci dzień po tej okolicy. Było tu dość bogato, ale za to w miarę bezpiecznie. Udawałem turystę, hipisa, poetę i artystę - wszystkiego po trochu - połowę dnia spędzając na plaży, a drugą połowę szukając cienistych ławeczek i nieobsikanych murków. On nie udawał nikogo. Po prostu spacerował po molo, deptakach, parkach i alejkach, a kiedy mijał jakiś kosz, wkładał doń rękę ruchem tak naturalnym, jakim wkłada się rękę do kieszeni. Potem orientował się w zawartości i czasem przekładał coś do brązowej ortalionowej torby zawieszonej na ramieniu. Robił to wszystko z taką miną, jakby dokonywał zakupów w supermarkecie. Był nienagannie ubrany, chociaż jego spodnie miały trochę już niemodny krój.
Właściwie, to znałem go podwójnie. Miał w Europie sobowtóra, choć był chyba od niego trochę wyższy. Kiedy mówię tu o wzroście, nie myślę o moich żałosnych i wydumanych kompleksach, rozbijających się o 8, góra 10 centymetrów. Nie mówię też, że facet był liliputem. Przeciwnie, choć koło pięćdziesiątki, był bardzo poprawnie a nawet pięknie zbudowany. Osoby niskie mają zazwyczaj głowę nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty tułowia. Kiedy chcesz na pustej kartce narysować małego człowieka, narysuj go z dużą głową - to wystarczy.
Mój rodak mieszkał gdzieś na odległych peryferiach mojego rodzinnego miasta. Nie spotykałem go często, ale za to na przestrzeni wielu, wielu lat - od mojej wczesnej, obiecującej młodości, aż po wiek, kiedy młodym nazywają cię już tylko uprzejme starsze Panie. On się właściwie nie zmieniał wcale. Dopiero niedawno prawie z przerażeniem - zauważyłem, że włosy przyprószyła mu siwizna.
Ilekroć go widywałem, przemierzał miasto swoim wspaniałym, miarowym krokiem, kierując się z peryferii do centrum albo z powrotem. Było to przynajmniej dziesięć kilometrów, więc brałem go po prostu za miłośnika spacerów. Ubrany był zawsze podobnie - w jasną koszulę z wysokim i szeroko rozpostartym kołnierzykiem, rodem z lat siedemdziesiątych, rozpiętą na owłosionej piersi oraz obcisłe, poszerzane od kolan spodnie. Jego pełna harmonii sylwetka odcinała się wyraźnie od szarego, pustynnego krajobrazu przedmieść, ciesząc oko i tworząc krzepiący punkt odniesienia.
Lata mijały, a ten krok był wciąż taki sam – raźny i sprężysty. Kim był, co robił? Nie zastanawiałem się nad tym, podziwiając jedynie pogodę, z jaką znosi swoją samotność, na którą został skazany przez głupi wybryk natury. Przypadek pewnie sprawił, że nigdy nie spotkałem go w centrum miasta. Z pewnością nie jego szukały moje zmrużone oczy w jaskrawe, słoneczne popołudnia.
Dopiero niedawno, tuż przed wyjazdem, zauważyłem i rozpoznałem znajomą sylwetkę niskiego mężczyzny, metodycznie przeglądającego kosze. Czasami te 30-40 centymetrów może być w cywilizacji zachodniej jak być i nie być.
- Skąd zna pan angielski?- zapytałem po długiej chwili milczenia.
Facet od niechcenia karmił mewy, krusząc zeschłą bułkę od hot-doga. W głębi pomostu przestawiano kawiarniane stoliki, przystrajając je bukiecikami ciętych kwiatów. Na stolikach ustawiano też świece osadzone w sprytnych szklanych lichtarzykach. Świece tworzyły intymną atmosferę, zapalały ogniki w oczach i miały pielęgnować miłość. To samo zadanie mogłyby z powodzeniem spełniać wetknięte w lichtarzyki zwitki dolarów, nie pozwalał na to jednak śmieszny atawizm.
- A ty?
- No tak... - mruknąłem bez sensu, z niesmakiem stwierdzając, że dostrzegł nietakt mojego pytania.
Ostatni kawałek bułki powędrował do wody. Było już prawie ciemno i zaraz zaczną się zapalać uliczne lampy.
Lubiłem te naturalne minuty półmroku. Często zwlekałem o zmierzchu z zapaleniem światła w moim mieszkaniu. Siedziałem na krześle bez ruchu, spoglądając w okno i bawiąc się w chowanego z czasem. Czas stawał w miejscu, zawracał, kluczył, cofał się lub wybiegał naprzód o całe lata...
Mężczyzna wyjął grzebień z tylnej kieszeni spodni i wprawnie przejechał nim po głowie, prostując nieco kędzierzawe, czarne, twarde jak druty włosy. Potem przysiadł koło mnie na ławce. Z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że nie śmierdzi.
- Wierzysz w Boga? - zapytał, troskliwie układając brązową ortalionową torbę po swojej stronie ławki.
- Tak.
- To dobrze.
- Dlaczego?
- Pójdziesz do nieba - odpowiedział z kamienną twarzą.
A więc jednak. Nawiedzony świr - pomyślałem bez specjalnego rozczarowania. - Lepiej dla niego.
- Diabeł też wierzył w Boga, a wylądował w piekle - dorzuciłem z czystej przekory.
- Diabeł nie chciał iść do nieba, a ty chcesz.
- Nie zaprzeczę - zgodziłem się łatwo, obserwując kelnerki w krótkich spódniczkach.
Zmiana nie zaczęła się jeszcze na dobre, a one były już spocone, uwijając się między stolikami, poprawiając obrusy i przyjmując pierwsze zamówienia. Wszystkie, bez wyjątku, były pięknymi, ciemnymi brunetkami o wielkich oczach i wydatnych ustach. Ich młode, napięte uda przyciągały jak magnesy szorstkie dłonie, bez przerwy lądujące w kurczowej imaginacji ich właścicieli pod spódniczkami, na gorących i wilgotnych od potu pośladkach.
- Napijesz się? - Wyjął z torby litrową butelkę po mineralnej, odkręcił i wyciągnął w moją stronę.
- Nie, dziękuję... nawet mi się nie chce pić - skłamałem zaskoczony.
Miałem taką samą butelkę, napełnioną wodą z tego samego targu warzywnego i z tej samej studni. Moja butelka jednak, należała do turysty i obieżyświata, a jego, była butelką kloszarda.
Pociągnął spory łyk, po męsku wlewając wodę prosto do gardła. Grdyka - ostra jak brzytwa - poruszała się niczym dźwignia dobrze naoliwionego mechanizmu. Gdzie on się goli?
Nie zauważyłem, kiedy po drugiej stronie pomostu pojawiła się orkiestra. Ruszyli bez żadnych przymiarek i prób - równocześnie z girlandami żarówek, które zabłysły nagle wokół nas. Na pomoście robiło się tłoczno. Szykowała się potańcówka dla turystów. Tango.
- Będę się zbierał. Dobranoc - uśmiechnąłem się słodko i spokojnym krokiem zmyłem się z pomostu, nie patrząc za siebie.
Zagłębiłem się bez entuzjazmu w plątaninę nadbrzeżnych uliczek i alejek obrośniętych kawiarenkami, restauracyjkami, dyskotekami dla dorosłych i innymi lokalami, które - jak to się mówi - zaczynały właśnie tętnić życiem.
Niewątpliwie, była to dzielnica turystyczno-rozrywkowa. Być może cała łacińska linia brzegowa jest już turystyczno-rozrywkowa, a prawdziwe, nędzne życie zepchnięto w głąb lądu. Gołe plecy w głębokich trójkątnych wycięciach, panienki błyskające jak złote rybki w akwarium. Wypchane portfele - harmonijki plastiku i zielonej makulatury. Dyskretny szelest opakowań prezerwatyw, klimat bezpiecznego seksu sterylnego - tej amerykańskiej miłości czystej, nie skażonej żadnym uczuciem, choćby nawet strachem przed AIDS.
Czy byłem załgany? Bo wciąż nie mogłem opuścić tego świata, choć przecież nie czułem się z nim związany w żaden sposób. Ocierałem się oń ledwie, tak jak kot. Przyglądałem mu się ze zdumieniem i zgrozą, ale najwyraźniej bałem się go opuścić.
A w miejscu, w którym stałem, mogłem go opuścić na dwa sposoby: skacząc do morza i topiąc się po paru kilometrach, albo ruszając na zachód – w głąb kontynentu, natrafiając na wioski pełne niepiśmiennych chłopów i czyste jak dzieci dziewczęta, od których dzielił mnie tylko las nożów sprężynowych. Na razie postanowiłem trzymać się linii brzegowej.
Była dziś najprawdopodobniej sobota, bo nad północną częścią wybrzeża huczało i błyskało, a na spoconym granatowym niebie wyprawiały harce różnokolorowe światła laserów. Pamiętałem dwujęzyczne plakaty porozklejane na całym mieście, które obiecywały cyberszaleństwo dla techno-fanów, hipermanię dla hip-hopowców i nastanie królestwa dancokracji - jeśli czegoś nie pokręciłem. Nie czułem się związany czy nawet zaprzyjaźniony, z którymś z tych muzycznych nurtów a muzyka techno nie wyglądała mi na muzykę w ogóle. Na plakacie jednak, wśród groźnych napisów, wiła się zgrabnie naszkicowana podobizna szczupłej jak łozina nastolatki, która podawała biodra w tańcu i uśmiechała się przyzwalająco. Jej sylwetka zapadła mi - niespełnionemu malarzowi głęboko w serce.
Nie wyglądałem już - może poza wzrostem - na nastolatka. Z drugiej strony, ten piękny okres życia spędziłem, wałęsając się po lasach Harzu. Być może teraz nadarzała się sposobność, by zobaczyć, co straciłem. Pozostawało tylko dotrzeć do źródła huków i błysków.
Wędrówka przez miasto o tej porze wcale mi się nie uśmiechała. Po drodze leżały pagórkowate dzielnice, o które zdarzyło mi się zahaczyć parę dni temu. Była to kraina taniej elektroniki i najgorszej, plastikowej biedy. Krzywe domki i baraczki porastały wzgórza tak chaotycznie i gęsto, że mieszkańcom europejskiej części miasta musiały kojarzyć się z jakimś zrogowaceniem czy pleśnią atakującą zdrowy organizm. Ruchu samochodowego nie było tam prawie wcale, za to co jakiś czas przelatywały z hukiem motocykle i motorowery bez tłumika. Na uliczkach i krętych chodniczkach nie pojawiało się, poza najmłodszą dzieciarnią, zbyt dużo przechodniów, ale to zawsze można wytłumaczyć upałem.
Mój niepokój wzbudziło kilka luksusowych limuzyn i wielkich klimatyzowanych jeepów parkujących w wypalonych przez słońce, szarych zaułkach. Wzajemne sąsiedztwo skrajnej nędzy i bogactwa to połączenie najgorsze z możliwych, więc szybko się wycofałem, nie oglądając za siebie.
Spacer po plaży, choć dłuższy, wydawał się dużo bardziej bezpieczny. Byłem wykończony, jak zresztą każdego wieczora odkąd zmieniłem kontynenty. Żeby poruszać się szybciej, nie zdjąłem butów i starałem się iść po wąskim pasie wilgotnego, twardego pisku. Każdy, kto zamierza przejść plażą dłuższy dystans, wybiera te wąską falującą ścieżkę, bo to najlepsza droga. Jednak trzeba nią podążać uważnie i troskliwie. Trzeba reagować na każde zakole, posłusznie kierując się szlakiem wytyczonym przez kogoś innego. Szlakiem bezpiecznym i efektywnym, mądrym, rozsądnym i nudnym. Kim byłbym teraz, gdybym w życiu zastosował mądrość równowagi i umiaru? Gdybym nie wyrywał się wciąż na boki, żeby grzęznąć w piachu, albo żeby, brnąc po kolana w wodzie, potykać się i zataczać?
W nadbrzeżnych chaszczach, na tarasach i promenadach wysoko nade mną huczały cykady i na pewno huczało mi też w głowie, ale nie słyszałem żadnego z tych hałasów. Musiałem się do nich przyzwyczaić.
Kiedy dotarłem na miejsce, było już koło jedenastej. Plażę przedzielała druciana siatka ogrodzeniowa, wychodząca dodatkowo parę metrów w morze. Siatka była poszarpana i pełna dziur, oblepionych gramolącą się wśród śmiechów, pisków i szeptów młodzieżą. Poziome światła odległych lamp krzesały drobne błyski w bujnych fryzurach dziewcząt, topiąc resztę w nieprzeniknionym lepkim mroku. Nastrój powszechnej szczęśliwości podkreślały chrzęsty pustych puszek po piwie i żarzące się dumnie ogniki papierosów.
Nie miałem siły stanąć w kolejce do którejś z dziur. Pomyślałem, że przysiądę na wydmie i chwilę odpocznę, albo raczej napiję się wody. Tymczasem tłok się trochę przerzedzi. Było dostatecznie ciemno, żeby być jednym z nich - kumplem, równiachą, kolesiem, pojebańcem. Ciągle wymyślali nowe określenia, a ja i tak po hiszpańsku w ząb nie rozumiałem. Przypominałem sobie dzień, w którym skończyła się moja młodość.
Dwie zimy temu, Kiedy nieuchronnie dobijałem 37 lat, nie wiedzieć skąd, przyplątała się do mnie jakaś gazeta. Wyczytałem w niej, że na małej wysepce Japończycy wybudowali ośrodek dziennej opieki dla osób starszych. Artykuł był długi i dotyczył bezrobocia albo recesji gospodarczej, ale nie czytałem go dalej. Utknąłem.
Utknąłem, bo nagle poczułem, że jestem jednym z nich - tych starych, schorowanych i rozdygotanych ludzi. Siedzę w jednym z tych małych, czystych pokojów, zalanych słonecznym światłem. Pokój jest wyposażony w porządny telewizor, małą wieżę stereo, czujniki dymu i sprzęt medyczny dyskretnie ukryty za żaluzją.
Nie chcę siedzieć w tym wygodnym pokoju. Chcę jeździć na rowerze, biegać po lesie, iść na rynek, ale jestem tylko skurczonym, roztrzęsionym staruszkiem. Wiem bardzo dużo o życiu, znam literaturę wysoką i sztukę, wiem nawet i to, że Hitler też był człowiekiem... Ale nie mam dzieci ani prawdziwej rodziny.
Nie, nie mam dzieci ani prawdziwej rodziny, więc cokolwiek było, nie ma żadnego znaczenia, bo nie zmienia się płynnie, pięknie i niepostrzeżenie w teraz. W mojej głowie jarzy się tylko - jak jakiś napis w pustym szpitalnym korytarzu - najgorsze słowo świata: JUŻ NIGDY.
Nie mogłem już potem ochłonąć. Prymitywna wizja starości, albo raczej to, że byłem przez chwilę naprawdę tym dziadkiem, podziałało na mnie tysiąc razy mocniej niż czołowe zderzenie podczas przejażdżki motocyklem (po którym miałem tylko wybity kciuk i przez jakiś czas omijałem feralne skrzyżowanie). JUŻ NIGDY nie popatrzyłem na świat oczami młodego, dla którego istnieje tylko życie, a śmierć jest jak kromka chleba.
Później zresztą zrozumiałem swój błąd. Trafiłem do domu dziennej opieki w ciele dziadka, przemycając wewnątrz duszę trzydziestodziewięciolatka. Na poprawę błędu było już jednak za późno, więc stosowałem okłady chorej wyobraźni.
Konstruowałem swój - nie japoński - obraz starości. Lokowałem się w starym, drewnianym domku. Półsiedząc - półleżąc w rozpadającym się fotelu pod otwartym na oścież oknem z obłażącą z farby framugą, spoglądałem przez zmrużone oczy na zdziczały, zapuszczony ogród. W ogrodzie brzęczały muchy i pszczoły, leniwie ćwierkały ptaki zmęczone przyjściem na świat drugiego w sezonie potomstwa. Było ciepłe, słoneczne popołudnie końca lata, więc pszczoły i muchy goniły żywo jak dzieci. Ze starej, zdziczałej jabłonki spadały jabłka, schły i kurczyły się w suchej trawie. Stuletnie, zakurzone radio z pękniętą szybką szeptało cicho z kąta i ja też się kurczyłem i zapadałem w błogi sen...
Nie minęło więcej jak pięć minut, a tłum przy siatce rozrzedził się znacznie. Z położonych wyżej na nadbrzeżu scen dobiegła kolejna fala skotłowanych rytmów gitar basowych i perkusji, tworząc obsesyjną i hipnotyczną atmosferę najbardziej kiczowatych filmów z cyklu "Czarna Afryka". Biedne morze, choć położone dużo bliżej, nie miało wiele do powiedzenia.
Zarzuciłem coraz cięższy plecak młodzieżowo na jedno ramię, przecisnąłem
się ostrożnie przez dziury w siatce i powlokłem w kierunku łomotów i świateł.
Wysokie nadbrzeże wznosiło się jakieś dwa piętra ponad poziom plaży, rzucając na nią cień i zatapiając w nieprzeniknionym mroku. Na górę prowadziły schodki i wąskie ścieżyny, a bliskość imprezy i kwaśne wonie wskazywały, że jest to miejsce załatwiania najprostszych ludzkich potrzeb. I młodzież to rozumiała i ja to rozumiem. Zrozumiałem też, że po imprezie, kiedy będę szukał noclegu, pójdę plażą gdzieś dalej.
Nieśmiało dołączyłem do znów gęstniejącego strumienia falujących głów i wdrapałem się po stromych schodkach na górę. Przed moimi oczami rozpościerało się coś w rodzaju porośniętego drzewami, krzakami i trawą parku. Trawa była kompletnie zadeptana, bo kręte betonowe alejki w żaden sposób nie mieściły przewalających się tłumów. Skąpe, parkowe latarnie rozświetlały już mrok na tyle, że mogłem zostać rozpoznany przez młody organizm i odrzucony jak obce ciało. Tak się jednak nie stało, więc poczułem w sercu wielką wdzięczność i tkliwość. Tak na oko byłem dwa razy starszy od przeciętnej, a każdy wie, jak szybko dojrzewają Latynosi.
Park był rozległy. Między drzewami, pośród rzędów budek z łakociami, piwem i colą, pośród plastikowych, najwyraźniej ignorowanych przez młodzież "ekologicznych" toalet, ustawiono pięć, może osiem scen, które dzielił od siebie dystans nie większy niż 100 metrów. Każda ze scen emitowała kolorowe światła, dymy, wirujące błyski i ogłuszający, hipnotyczny jazgot - muzykę. Publiczność zgromadzona przed stalowym rusztowaniem wzajemnie na siebie napierała, starała się w miarę możliwości klaskać, wyciągała szczupłe ręce uzbrojone w płonące zapalniczki i tanecznie się wyginała.
Muzycy z pierwszej sceny także się wyginali, Pokazywali kciukami w górę, w dół, pokazywali kciukami na siebie i kierowali inne palce w rozpalony u ich stóp tłum, wytykając tak cały świat w takt przeraźliwego łoskotu. Pewna dezorientacja seksualna zespołu przywodziła na myśl europejskie boy's-bandy.
Pod scenę napływały z wolna nowe grupki tolerancyjnej młodzieży, podczas gdy inne odrywały się z obrastającej rusztowanie huby i zagłębiały w cieniste alejki w poszukiwaniu następnych widowisk. Na wąskich chodniczkach, między drzewami, trwało właściwe party. Generalnie, wszyscy przestrzegali prawostronnego ruchu. Mijali się, spoglądając na siebie z powagą z ponad wielkich, czerwonych, zamkniętych z góry kubków z colą. Każdy właściciel kubka ze słomką najwyraźniej rozumiał, że dane jest mu właśnie uczestniczyć w wielkim cudzie zwanym Cywilizacją Zachodnią. Nie dziwiłem się wcale, bo podobną słomkową powagę można było dostrzec w samym sercu Europy w cieniu wspomnianych gotyckich katedr, które - przez trzysta lat budowane – teraz przez trzysta lat pozostaną puste.
Imprezowicze byli jak zwykle bardziej trzeźwi, niż to później opisuje prasa. Powaga płynąca z kubków z colą nie stępiła wzajemnego zainteresowania, co chwilę ktoś się spotykał, gubił, szukał i odnajdywał. Nie było śladu po wolnej miłości i rozpasaniu Woodstocku. Było przedziwnie miło i bezpiecznie i nie chodziło o nic.
Pielgrzymując z tłumem - jak śpiewa Dylan – „od sceny do sceny” -wykonałem po parku pełną rundkę. Nie spodziewałem się usłyszeć tu samby czy bossanovy, więc zamiast zawodu czułem zwykłe zmęczenie. Nie będę też twierdził, że muzyka nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, podobnie jak nikt, kto stanął metr od torów rozpędzonego ekspresu nie powie, że go to obeszło. Z wbitymi głęboko w mózg trąbkami Eustachiusza zszedłem pokornie na plażę tymi samymi schodkami, którymi ją opuściłem. Pora była udać się na spoczynek.
Ledwie po dwustu metrach przebytych brzegiem, zdołałem się zorientować, że im dalej teraz od imprezy tym głośniej ją słychać. Zrzuciłem więc plecak i rozścieliłem posłanie. Wzdłuż plaży przechadzały się z wolna uduchowione pary, od morza wiała leciutka bryza - słowem, zapowiadał się niezły spoczynek. Na dodatek okazało się, że przy ziemi hałas zamienia się w odległy stukot pociągu, więc ledwo zmrużyłem oczy i już zameldowałem się w lepszym z dwóch światów.
Nie wiem ile spałem, kiedy przebudziły mnie dziwne szmery. Wbiłem natychmiast wzrok w ciemność, bo pomyślałem, że idą mnie obrabiać. Odetchnąłem z ulgą, kiedy okazało się, że to tylko kilkoro młodych ludzi wpadło na ten sam pomysł, co ja.
Oczywiście, że się myliłem. Zdziwiony, znów otworzyłem oczy, żeby zobaczyć, kto tak długo układa się do snu. Parę metrów wyżej, na prawo ode mnie zaczynało się dziać coś, co Amerykanie nazywają odrobiną akcji. Trochę niżej, na lewo, zresztą też. Bliżej morza przystanęła para nastolatków. Na tle fosforyzującej poświaty nocnego nieba widać było wyraźnie ich szczupłe sylwetki. Obejmując się, przytulając i ocierając o siebie zdawali się łamać i giąć w kilku miejscach naraz, jak wątłe łodygi, na których spoczął zbyt duży ciężar. Tymczasem kawaler na prawo ode mnie już podścielał partnerce ręcznik pod plecy i zabierał się za danie główne.
Dusiłem się w swoim spoconym śpiworku niczym szczur i wszystko wskazywało na to, że tym szczurem naprawdę byłem. Sytuacja, w której mnie postawiono, wydawała mi się nader dwuznaczna, żałosna i niebezpieczna. Nie mogłem przecież wstać, bo zostałbym natychmiast zdemaskowany jako osoba samotna i w dodatku nieśpiąca. Czy tłumaczyłbym się wtedy, że to ja tu byłem pierwszy?
Jeżeli jest w miłości fizycznej coś nieprzyzwoitego, to jest to z pewnością bezczelne się jej przyglądanie. Mogłem przynajmniej - z przyzwoitości - zamknąć oczy, ale w ten sposób widziałem jeszcze więcej. Więc leżałem bez ruchu, obserwując scenę spod przymkniętych powiek i kontemplując własny upadek.
Pary się zmieniały, nie padały żadne słowa, a mroki były na tyle gęste, że zapewniały dostateczną dyskrecję, uniemożliwiając rozpoznanie twarzy. Nikt nie tracił czasu na zbędne atrybuty dorosłości jak piwo czy papierosy. Przystępowano do rzeczy szybko i praktycznie, jakby życie trwało tylko jeden sezon. Musiałem tej nocy sam przed sobą przyznać, że takie oblicze młodości było mi dotąd obce.
Po jakichś dwóch godzinach, kiedy czułem się już jak ugotowane na twardo jajko, nowe fale napływającej młodzieży zaczęły rozkładać śpiwory i wyglądało na to, że tym razem naprawdę kładą się spać. Gdy cała plaża leżała już spokojnie pokotem, a ekspres zwalniał w oddali, ja zasypiałem w końcu, ukołysany myślą, że nic mnie już tej nocy nie poruszy ani nie zrani. I wtedy właśnie przeszła koło mnie Śmierć.
Nie była dziewczyną ani nawet dojrzałą kobietą, jak to kiedyś zręcznie przedstawiało malarstwo. Tutaj pojawiła się pod postacią czterech młodzieńców w krótkich sportowych kurtkach, jakich na moim kontynencie używa się zwykle jako futerałów na kije bejsbolowe. Młodzieńcy szli wzdłuż plaży tyralierą, świecąc śpiącym latarkami w oczy. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na to, że szukają, kogo by tu okraść lub zabić. Albo jedno i drugie.
Moja blada twarz była opalona, ale czy na tyle, żeby ukryć pochodzenie? Zdradzał mnie do tego spory plecak i podeszły wiek. Jedynym słowem - poczułem się celem potencjalnym, i prawdopodobnym.
Właściwie, to całe życie byłem śmierdzącym tchórzem. Owszem potrafiłem czasem błysnąć brawurą, że aż dech zapierało. Kłopot w tym, że nigdy nie potrafiłem tego przewidzieć choćby na minutę naprzód. Tak więc, prawie całe życie trzęsłem się ze strachu, a w przerwach podziwiałem kobiety i inne piękne rzeczy. Jak muzyka, gimnastyka artystyczna, wiosna, lato i jesień, koty i tak dalej. I tak też zostałem malarzem. Każdy ma swoje powody, a ja uważałem, że swoich nie muszę się wstydzić.
Tym razem jednak i tak nie było miejsca na brawurę. Śpiwór po prostu był za ciasny, a oni byli już o parę kroków ode mnie. Leżałem bez ruchu, jak sparaliżowany i czekałem. W końcu jeden z młodzieńców pochylił się nade mną i przyświecił prosto w oczy. Utkwiłem nieruchome spojrzenie w latarkę, a sekundy wlekły się wolno jak tysiąclecia.
Mózg miałem już dawno ścięty na galaretkę, a latarka wciąż świeciła, jakby nie była na baterie. W tym miejscu muszę autorytarnie, jako malarz, stwierdzić, że znacznie przecenia się ilość informacji, jaką można odczytać w ludzkim spojrzeniu. Jedyną pewną rzeczą jest kolor oczu. Te wszystkie bujdy o źrenicach mogą się sprawdzić co najwyżej na detoksie. Tak naprawdę, najwięcej mówią ludzkie usta. A kiedy już nic nie mówią, warto zwrócić uwagę na ich kąciki.
Bo gdyby młodzieniec mógł coś wyczytać w moim spojrzeniu, to usiadłby spokojnie tuż przy mojej, głowie, wyszarpnął spod niej pokrywę plecaka i zaczął go cierpliwie przeglądać, Gdyby był człowiekiem wrażliwym, poszukującym, mógłby nawet dokładniej przejrzeć rysunki, i ocenić, czy są coś warte, czy też nie.
Nic takiego. się jednak nie stało. Latarka zgasła i zanim wzrok z powrotem przyzwyczaił się do ciemności, uszy podpowiedziały mi gorliwie, że Śmierć tym razem mnie ominęła i odeszła plażą dalej. Nasłuchując każdego odgłosu i szmeru, nie zmrużyłem już oka do czasu, kiedy na niebo uderzyły poranne zorze.
7.
Mój czas w Ameryce Łacińskiej powoli dobiegał końca. Kończył się, o dotkliwa ironio, w równym tempie z dolarami, których zostało mi już tylko pięć. Beznadziejne powiedzonko Czas To Pieniądz dognało mnie ostatecznie tu, na tym obcym, choć jakże znajomym Lądzie i kopiąc po kostkach, domagało się przyznania mu racji. Sykało rankami, przed wschodem słońca, prosto do ucha niecierpliwym szeptem, chrzęściło pustą butelką po mineralnej, dobierało się do salami. Było wściekłe, bo wciąż, kiedy je wymawiałem, wydymałem wargi z pogardą.
Po przeszło dwóch tygodniach spędzonych na plaży wyglądałem jak biały murzyn. Od dwóch tygodni nie siedziałem na zwykłym krześle. To chyba, patrząc realnie, największa zmiana. Często oblicza się, ile czasu w życiu człowiek poświęca na sen, ale czy ktoś kiedyś policzył, ile czasu spędzamy na tym dziwnym i zupełnie obcym naturze urządzeniu, jakim jest krzesło? I czy ma to coś wspólnego z bólami krzyża?
Znałem tę Amerykę lepiej niż siebie. Wiedziałem, że najwięcej pucybutów pracuje porankami w City, a dzieci ulicy, które rano sprzedają turystom kwiaty, wieczorami kradną, a nocami są zabijane. Wiedziałem, że w Peru squattersom, którzy wytrzymali w swoich domkach ze starej blachy falistej i dykty dwa lata, państwo przyznaje prawo do ziemi. Ale to nie było Peru. Wiedziałem w końcu, że kilkadziesiąt, góra sto, kilometrów na zachód od miasta rozpoczyna się sucha, pustynna wyżyna porośnięta kolczastymi krzewami. Płaskowyż. I tam właśnie zamierzałem dotrzeć.
0 sobie wiedziałem wciąż niewiele więcej niż Podmiot Liryczny jednej z piosenek Stinga. Podmiot śpiewał, że: 'jest "za dumny by żebrać i za głupi by kraść". Piszę - Podmiot Liryczny - bo sam Sting miał parę domów rozrzuconych po świecie i problemem nieudolności życiowej mógł się zająć jedynie kierowany empatią.