Excerpt for Baśnie dla Managerów i Handlowców. Jak Julek Z Własnymi Myślami Walczył I Wreszcie Najdzielniejszym Sprzedawcą Został. by Wojciech i Marek Wareccy, available in its entirety at Smashwords


© Copyright by Wojciech Warecki & Marek Warecki

ISBN 978-83-933757-8-3

ISBN 978-83-933757-9-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora.


opracowanie graficzne | Wojciech Warecki & Marek Warecki


korekta | Wojciech Warecki & Marek Warecki


Baśnie dla Managerów i Handlowców tom I

Jak Julek z własnymi myślami walczył i wreszcie najdzielniejszym sprzedawcą został



Wojciech Warecki & Marek Warecki

Warszawa 2011


Wydanie I


Marek Warecki Wojciech Warecki






Baśnie dla Managerów i Handlowców

tom I






Jak Julek Z Własnymi Myślami Walczył

I Wreszcie Najdzielniejszym Sprzedawcą Został


Dawno, dawno temu, gdy na świecie był tylko jeden podatek linowy „dziesięciną” przez prosty lud zwany, żył sobie pewnego razu bardzo zdolny, acz i bardzo ubogi, młodzian o dźwięcznym imieniu Julek.

Julek nie był ani zbyt pazerny, ani zbyt leniwy, ani też łapówek dawać nie umiał, a więcej – nawet i nie chciał. Mieszkał ci on razem ze swymi dwoma starszymi braćmi oraz mocno leciwym już ojcem w niedużym domku z rodzinnym sklepikiem ogólnospożywczym na parterze.

Rodzic uczciwie pracował przez całe lata na niewielkie, aczkolwiek dostanie utrzymanie. Wiodłoby im się nawet i lepiej, gdyby nie odsetki od kredytu, który ociec wziął jeszcze we wczesnej młodości na rozkręcenie swojego skromnego interesu, a które do tej pory jeszcze spłacał. Nie mieli zatem specjalnych powodów do narzekań, ale do czasu, bo nie dane mu było cieszyć się pogodną starością, oj, nie dane... Gdy jego stareńka żona zachorowała, sprzedać wszystko musiał, aby mieć na koszty leczenia, a i tak na nic to wszystko się zdało. Zmarła nieboraczka pod koniec lata i razem z nią do grobu odeszło także szczęście rodzinne.

Julek pilnie chodził do szkół i jeszcze, gdy mateńka żyła, jak mógł pomagał w prowadzeniu sklepu, a i teraz we wszystkich pracach wspierał coraz bardziej pochylającego się do płacy minimalnej ojca. Kochał się skrycie także w ślicznej i niewinnej niczym czek wystawiony in blano asystentce bardzo bogatego prezesa, Dziuni. Julek wiedział, że bardzo ciężko pracowała i po 16 godzin w firmie, a i również chodziła do licencjonowanych szkół przykrólewskich, aby kwalifikacje zwiększyć i języka obcego perfekcyjnie się wyuczyć. Widywał ją często w sklepie, gdy dla swego pryncypała w porze lunchu przybiegała z wiklinowym koszykiem kupować świeże bułeczki, a czasami i gomółkę masła. Nie miał Julek jednak nijakiej śmiałości wyznać jej swego szczerego uczucia i uczciwych planów, jakie wedle niej żywił. Nie raz planował sobie, że zaprosi ją, na jaką interesującą prelekcję, ale nigdy śmiałości nie mógł w sobie znaleźć. Miłował on ją zatem skrycie, mając nadzieję, że znajdzie się kiedy chwila sposobna i wówczas wyzna on jej swą szczerą i gorącą miłość a potem kto wie, co się może zdarzyć...

Bracia zaś, gnuśni i leniwi ponad wszelką przyzwoitość, wielce niechętnie spozierali na sukcesy Julka. Zawistnym okiem patrzyli na stopnie w jego indeksie, irytowały ich nagrody i wyróżnienia ze szkół przynoszone co semestr oraz niezmiernie radującymi swego starego ojca stypendiami, za które Julek kupił sobie mocno używanego osiołka z psem w pakiecie, którego wkrótce wielce lubił za zmyślność, i który stał się jego wiernym druhem. Pies, nie wiedzieć czemu, Aroz się wabił, nie za duży i nie za mały, taki, ot, w sam raz, z gładką, brązową sierścią, z długimi – niczym u prosiaka - czarnymi uszami, na wysokich łapach i spiczastym pyszczku, wiernym był mu zawsze towarzyszem, a szczególnie w porze posiłków, zjawiał się punktualnie.

Nieważne było dla podłych braci, że więcej wydawał na weterynarza i karmę dla swoich stworzeń niż na samego siebie, ale sam fakt posiadania własności niezmiernie ich drażnił. Nie chciało się im wstawać wcześnie co rano do pracy i świeżutkie bułeczki ma sklepowej ladzie rozkładać, więc tylko okazji wypatrywali, aby przytulić się do jakiegoś królewskiego urzędu. Wszystkie obowiązki zwalali na Julka a sami łapczywie przeglądali inseraty prasowe w nadziei, że coś dla nich się wreszcie znajdzie. A nie proste to było zadanie, bo nijakich profesjonalnych kwalifikacji nie posiadali a jedynie mocnymi w gębach byli, potrafiąc pleć trzy po trze całymi godzinami. Na tyle jednak rozumu mieli, żeby dołączyć do partii, która na dworze aktualnie prym wiodła. Co prawda, za byle co ich miano, ale dla świętego spokoju, urzędowe posady bracia w końcu wydreptali. Gdy tylko znaleźli się w królewskiej administracji od razu nie przebierając w środkach, rozpoczęli piąć się po szczeblach drabiny administracyjno-etatystycznej. Powiadali nawet ludzie, że nie wahali się nawet nasyłać na sklep własnego rodzica kontroli za kontrolą, byleby tylko w sprawozdaniach móc się – pożal się Boże – aktywnością swoją wykazać przed pryncypałami! Wkrótce całą obmierzłość swego charakteru wszem i wobec ukazali, żadnego wstydu nie mając. Tak się w tym wszystkim rozsmakowali, iż poczęli z samych nudów tylko wymyślać najdziwaczniejsze przepisy i rozporządzenia, i to w takiej ilości, że heroldzi co chwila gnali bez wytchnienia po królewskich traktach, obwieszczając ludowi je jedynie po to, aby zastąpić je dnia następnego jeszcze bardziej cudacznymi. Srodze tym dręczyli całą krainę, nad czym bardzo ubolewał ich stary ojciec, który w końcu ze wstydu i zgryzoty – podczas kolejnej kontroli – pożegnał się ze światem.

Nie poruszyło to obu starszych braci, którzy jeszcze przed pogrzebem swego rodzica sklep na trzy spusty zamknęli i bezczelnie testament zmienili, pozostawiając Julkowi jeno osiołka i psa (których wszak i tak za własne pieniądze kupił) a żadnych należnych mu obligacji i akcji – które to zapobiegliwy ojciec sprawiedliwie między swych synów w ostatniej woli rozdzielił – nie dali, złośliwie jeno obciążając go na dodatek kosztami proceduralnymi.

Widząc ich tak szkaradne postępowanie, Julek zaprzysiągł wszem i wobec, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego a jedynie sprzedawcą, krążącym po świecie niczym wolny ptak, pragnie zostać i rozwijać dalej chwalebne tradycje rodzinne. Naigrywali się z niego podli bracia, że bez ich wielmożnej protekcji do niczego w życiu nie dojdzie i w końcu w czworakach będzie musiał zamieszkać, więc nie czekając ani chwili dłużej Julek wyniósł się precz z domu rodzinnego, zabierając z sobą jedynie dyplomy szkół pokończonych. Wsiadł na wysłużonego osiołka i wyruszył w świat szeroki.

Uczciwe trzeba też dodać, że w podjęciu takiej a nie innej decyzji bardzo Dziunia mu pomogła. Podczas jej ostatniej bytności w sklepie, gdy pakowała do koszyka chrupiące bułeczki, niespodziewanie melodyjnie odezwał się jej telefon komórkowy. Podczas rozmowy, której – chcąc nie chcąc – Julek rozkładając towar na ladzie, był mimowolnym słuchaczem, Dziunia, prześlicznie się śmiejąc, opowiadała koleżance także o swoich innych oczekiwaniach, co do przyszłości, silny nacisk kładąc na przewidywany w małżeństwie standard i stopę życiową. Gdy Julek pojął wrzeszczcie jej aspiracje, zgarbił się ździebko w sobie. Jednak już po wyjściu Dziuni, odzyskał swą młodzieńczą werwę - wszak był młodym, wykształconym i pełnym zapału oraz – jak mu się zdawało – wszystkie sektory rynku stały otworem przed nim, więc dlaczego miałby sobie nie dać rady?

Szybko znalazł sobie upragnioną pracę, jako przedstawiciel handlowy i ruszył w teren, aby uszczęśliwiać wszystkich wkoło oferowanymi usługami i produktami. Jeździł ci on na starym kłapouchu ze swymi katalogami, oprawionymi w skórę cielęcą i chodził od drzwi do drzwi, od firmy do firmy, usiłując z młodzieńczym uśmiechem na ustach sprzedawać produkty.

Spotkanie z pierwszymi już klientami srodze go zbiło z tropu i rozwiało młodzieńcze marzenia o szybkiej ścieżce kariery.

Co prawda wszędzie gdzie mógł, prezentował swoją ofertę, zachwalając ją w niebogłosy, jednak sama sprzedaż szła mu bardzo, ale to bardzo opornie. Wystarczyło tylko, żeby pierwszy klient począł wybrzydzać, nie mając z resztą nijakiej intencji zakupu a Julek zniechęcał i załamywał się tak, że aż żal ściskał, gdy się na niego patrzyło. Cała energia od razu uchodziła z niego i stawał się bezradny niczym petent w królewskim urzędzie skarbowym. A ludzie, jak ludzie – tacy sami w bajkach jak i w życiu. Jedni uczciwi a inni, i tych niestety jest więcej, zgoła paskudne charaktery mają, i widząc, jakie niebożę handlem się zajmuje, używali sobie do żywego, rekompensując sobie wszystkie nieprzepracowane kompleksy, codzienne gderanie żony, brak viagry w domowych apteczkach i inne sprawy, o których aż strach i wstyd wspominać. Gdy trafiał na takiego delikwenta – a zdarzało to się prawie codziennie – niby żelazną obręczą gardło mu ściskało, płuca kurczyły się do wielkości orzeszka laskowego a w żołądku, niż tego ni z owego, ciężar się pojawiał, niby kamień młyński i taki zamęt w głowie mu się robił, jakby sam brał udział w debacie przedwyborczej polityków. I trwało to tak mniej więcej do samego zachodu słońca i to dnia następnego!

Nie dziwota zatem, iż w stanie takim nie mógłby sprzedać wilkowi nawet owcy. Na nic zdawały się niezliczone kursy produktowe, na których był najpilniejszym słuchaczem, na nic się zdawała wyśmienita znajomość całej konkurencji po najdalsze krańce świata. Na nic była przeogromna znajomość towarów i usług. Julek zapadał się w sobie, zaczynał się ślinić i jąkać, a i będąc niczym w gorączce, potrafił sprzedawać rzeczy za bezcen, byle tylko ów ohydny klient poszedł sobie jak najszybciej. I jak tu wyżyć, mając takie kłopoty, że o dorobieniu się nawet najskromniejszego majątku nie ma co nawet wspominać? Na utrzymanie swego psa więcej wydawał, niż wynosiły prowizje jego od sprzedaży!

Sprzedawca wpadał w coraz większą apatię a nieudane spotkania handlowe sen mu z powiek zdejmował, tak że żaden nawet program publicystyczny nadawany przez królewską telewizję, nie był w stanie go zmorzyć. Podczas bezsennych nocy oskarżał siebie nieustannie za wszystkie niepowodzenia i takie począł mieć marne mniemanie o sobie samym, że nie jeden kierowca o człowieku, który decydował o stawkach za OC lepiej się wyrażał. Najchętniej sam siebie by skopał, niczym opozycja parlamentarna swych przeciwników politycznych.

Myśli te całymi dniami przeżuwał na podobieństwo kanapki z pasztetową i nie było się czemu dziwić, że z coraz mniejszą motywacją przystępował do działania i najchętniej biernie pozwałby się unosić życiu, tyle tylko, że życie zupełnie nie chciało dryfować w kierunku jego upragnionych celów życiowych. Czuł się coraz bardziej bezradny i zniechęcony, i stało się pewnego dnia, że zaprzestał już dokonywać jakichkolwiek prób sprzedaży.

Przemyśliwał on często nad swoją sytuacją i wróciłby do domu rodzinnego, gdyby nie paskudni bracia, którzy synekury sobie pozałatwiali i wyśmiewać by go zaczęli, niczym jakiego niezgułę i po kres jego żywota spokoju by już nie miał.

Postanowił zatem ratować się, jak umiał.

Zakupił za ostatnią prowizję przeogromną liczbę inkunabułów i manuskryptów wspaniałych a  wszystkie traktowały o pozytywnym myśleniu. Zaszywszy się w swojej przyzbie, począł je pilnie studiować.

Rozpoczął od zastosowania nader wdzięcznej metody dr Cue. Rozebrawszy się do naga, stanął przed lustrem i wciągnąwszy brzuch tudzież prężąc zgoła mizerne muskuły, począł z wytężoną ponad ludzką miarę lubością się sobie przyglądać i spokojnym głosem rozpoczął recytację:

- Każdego dnia wszystko układa się coraz lepiej i lepiej. Każdego dnia wszystko układa się coraz lepiej i lepiej. Każdego dnia wszystko układa się coraz lepiej i lepiej. Każdego dnia wszystko układa się coraz lepiej i lepiej...

Każdego dnia wszystko układa się coraz lepiej i lepiej to jest mój dzień – pomyślał Julek - pójdę do dzisiaj i sprzedam cały swój towar!!!

Ale już pierwszy klient, z którym spotkał się, podsunął mu umowę, w której zaprawdę tylko prawa do pierwszej nocy nie było, tak szpetnie zmienił wszelkie warunki porozumienia, a i prowizję jego tak niecnie i bezczelnie obniżył, że Julek musiał błagać go na kolanach, bo inaczej sam musiałby do interesu dokładać. Takiej kołowacizny na koniec dostał, że nawet po rękach całował cwaniaka. A wszak, jak później sobie w swoim kantorku wyliczył, cały towar za bezcen wręcz oddał, Dopiero gdy w porze lunchu znalazł się na świeżym powietrzu, zrozumiał co się stało, i że musi to jeszcze jakoś wyjaśnić swemu pryncypałowi.

Każdego dnia wszystko układa się coraz lepiej i lepiej … – mówił coraz cichszym głosem.

Niestety, jego szef był zupełnie innego zdania.

I dziwnie się jakoś złożyło, że od tego momentu Julek często bywał po zacinany na twarzy, gdyż począwszy od tej przygody, jak golił się z rana przed zwierciadłem, to oczy przymykał.

Następnie wziął na tapetę opasły tom prawdziwie ezoterycznego maga Josepha Murphe’go, który twierdził – i zdanie te razem z gronem swych czcicieli sam podzielał – że opracował dzieła w swej istocie nader poważne a naukowe, dorównując takim pracom jak „Zrób To Sam – 10 sposobów Perpetuum Mobile” czy „Chemia Praktyczna Dla Każdego – Niezawodne Recepty Na Kamień Filozoficzny”.

Im bardziej wczytywał się, tym bardziej jego wzrok radośniejsze rzucał spojrzenia aż całkiem się rozchmurzył i wiarę we własne siły począł odzyskiwać. Ileż w tych dziełach opisanych było nadzwyczaj wiarygodnych historii! Czytał a łzy same spływały mu po policzkach a nijakim mazgajem wszak nie był (bo ostatni raz tak rzewnie zalewał się łzami pacholęciem jeszcze będąc, gdy E.T. musiało wracać do domu).

Myśl o dobru, a ono się urzeczywistni, myśl o złu, a zło się ziści. To, o czym myślisz, tym jesteś i robisz to w każdej sekundzie życia”1. Nie mógł się nadziwić prostocie tych dewiz życiowych i srodze w duchu zaczął sobie wyrzucać, że tak późno okrutny los, te bezmyślne fatum, oddało do jego rąk tak nieocenionej wprost wartości dzieła.

Kto się czuje bogaty. Będzie bogaty”2 - prawdziwość tego zdania wstrząsnęła nim do głębi. Prawda! Czysta, żywa prawda! A prawdziwość tych słów najlepiej testował jego żołądek: czuł się głodny i był głodny!

- Ten Murphy prorok jaki czy co? - Z trwogą przemknęła myśl przez głowę.

Dojść do bogactwa ciężką praca w pocie czoła to wypróbowany sposób, aby szybko trafić na cmentarz. Trwonienie sił w ten sposób jest zupełnie niepotrzebne.” Jasne! Ciągła praca i dokształcane się jest dobra dla matołków! On, człowiek światły i inteligentny, może sobie pozwolić na bardziej oświecone rozwiązania. „Po położeniu się do łóżka przygotuj się do snu, w zupełnym spokoju, z uczuciem powtarzając słowo ‘bogactwo’. Zaśnij z tym słowem na ustach, a zadziwi cię efekt. Już wkrótce ze wszystkich stron napływać będą pieniądze3„.

  • O słodka tajemnico sukcesu! Jestem uratowany!!!


Purchase this book or download sample versions for your ebook reader.
(Pages 1-8 show above.)